Epiphone Joe Perry „Boneyard” Les Paul

Zespół Aerosmith to niekwestionowana legenda rocka, takie hity jak „Love In An Elevator” czy riff z „Walk This Way” znają chyba wszyscy gitarzyści. Ich autor, wiecznie młody Joe Perry od zawsze był uzależniony od gitar Gibson. W scenicznym image Perry’ego nie brakuje elementów kultu voodoo, być może jakiś wynajęty przez Gibsona czarownik (lub czarownica) maczał w tym palce. Ja nie będę podejmował tego wątku i obstawię, że to raczej brzmienie Les Paula zaczarowało tego artystę. Uważni czytelnicy moich tekstów (wierzę, że są tacy) zauważyli zapewne, że nie jestem miłośnikiem gitar sygnowanych nazwiskami muzyków, zwykle mają coś dziwnego lub nietypowego w konstrukcji, co naturalnie może być zaletą, jak choćby D-Tuna w Wolfgangu, ale często jest to jakieś bezsensowne rozwiązanie z punktu widzenia każdego innego muzyka.  Czy więc trzeba być fanem danego artysty, aby kupić instrument sygnowany jego nazwiskiem? Czy nawet nie przepadając za kolesiem warto sięgnąć po szczególnie udaną gitarę? Sprawdźmy na przykładzie Epiphone Joe Perry Les Paul.

Joe_Perry_gitarzysta_elektryczny

Oczywiście nic nowego o konstrukcji Les Paula napisać się nie da, więc nie będę marnował papieru. Mahoniowy korpus z nakładką z wzorzystego klonu zrobiony jest z bardzo ładnego kawałka drewna o wyraźnej fakturze i delikatnych słojach. Szyjka Slim Taper, czyli odpowiednik Gibsonowskiego 60’s z nakładką z palisandru. Poważnym bonusem jest obecność dwóch amerykańskich przetworników Gibson’a, model Burstbucker. Gitara wykonana jest bardzo dobrze, znakomicie wykończona i prezentuje się bojowo przed pierwszym brzdęknieciem w struny. Aby dogłębnie sprawdzić jej możliwości uzbroiłem się w Marshall’a Plexi Super Lead z kolumną 1960AX (4 x 12” Greenback), dwa znakomite przestery Ibanez TS-808 i Bixonic Expandora oraz POD’a XT, który służył do nagrań.

http://www.epiphone.com/News-Features/News/2004/The-Epiphone-Joe-Perry-Boneyard-Les-Paul.aspx

Wygodna szyjka dobrze leży pod palcami, struny nisko i nie brzęczą, gitara jest zgrabna, choć naturalnie ma swoją wagę (wiadomo, mahoń). Czyste brzmienie jest lekko nosowe, głębokie i bardzo, bardzo ciepłe. Jak zwykle w Les Paul’u nie wolno szarżować z podbijaniem pasma grając czystym dźwiękiem, lepiej nieco podciąć mu „skrzydła”, zwłaszcza w obrębie środkowych częstotliwości. Jednak to, czego nadmiar może przeszkadzać w tym wypadku, po włączeniu przesterów jest jedynie zaletą. Pełne brzmienie zestawu Epi Joe Perry – Marshall Plexi –  Ibanez TS808 nie pozostawia wątpliwości, kto rządzi galaktyką w kategorii sprzętu gitarowego. Kopiące, grube riffy zyskują na selektywności po włączeniu w tor Expandory, to sosunkowo mało popularny w Polsce efekt, którego używam często jako „secret weapon” i proszę mi wierzyć, że robi niemałe spustoszenie, gdy jest włączony pomiędzy Marshall’a i Gibsona. Ponieważ Epiphone Joe Perry to prawie Gibson efekt jest identyczny, dźwięki „strzelają” szybko i dynamicznie. Nadal jednak bardziej podoba mi się Epi Joe Perry w kombinacji z TS808, nie ma tej selekcji, ale w bogactwo harmonicznych jest niesamowite, po prostu z tego zestawu można wykręcić dowolny sound.

Zobacz również gitary elektryczne na https://hurtowniamuzyczna.pl/offer/22/gitary-elektryczne.html

Joe Perry zarobił na graniu dość pieniędzy, więc to zapewne nie ten motyw skłonił go do romansu z Epiphonem. Mimo, że pół świata gra na Gibsonach i Epiphone’ach to niewielu doświadczyło tego zaszczytu, aby mieć swój własny model, więc jestem przekonany, że gitarzyści, którzy umieszczają swoje nazwisko na główce instrumentu dbają o to, żeby gitara oprócz wysokich walorów brzmieniowych i estetycznych odzwierciedlała osobowość artysty. I tu należy wspomnieć o elemencie charakterystycznym łaczącym tego Epiphone’a gitarę z artystą: trupia czaszka (boneyard) na główce oraz podpis Joe Perry’ego na płytce. A więc jedynie elementy estetyczne, żadnych dziwacznych ingerencji w konstrukcję gitary. Można nie przepadać za nieco odpustowym image grupy Aerosmith, ale trzeba o tym zapomnieć biorąc do ręki Epiphone’a Joe Perry „Boneyard”, bo mamy do czynienia z jednym z najlepszych instrumentów z tej wytwórni – przepiękne wykończenie, prawdziwie amerykańskie brzmienie i najlepszy na świecie wygląd, czego chcieć więcej?