Tomasz Jaśkiewicz – gitara elektryczna (cz.1)

Jednym z najciekawszych polskich gitarzystów, którzy nadawali styl scenie rockowej w latach 60. i 70. był Tomasz Jaśkiewicz (Chochoły, Akwarele, Bemibek). O jego wyjątkowej pozycji przesądziły inwencja, niekonwencjonalne podejście do muzyki oraz wyrazista osobowość. Wspaniałe solo, które zagrał w hymnie nowej generacji, jakim bez wątpienia był song Dziwny jest ten świat, do dzisiaj powala z nóg doborem dźwięków i harmonią. Tomek w czasie kilkuletniej współpracy z Czesławem Niemenem wspiął się na wyżyny swego kunsztu gitarowego.

Wielka szkoda i żal, że ten wspaniały gitarzysta tak rzadko daje znać o sobie.

Wywiad z Tomaszem Jaśkiewiczem przeprowadziłem podczas dwóch koncertów w Szczecinie zorganizowanych w 40. rocznicę Festiwalu Młodych Talentów i koncertu poświęconego Czesławowi Niemenowi. W koncercie tym grałem obok Tomka w legendarnej formacji prekursorów big-beatu – CZERWONO-CZARNI. (Wojtek Rapa)

 

Co robi legenda polskiej gitary rockowej dzisiaj?

Tomasz Jaśkiewicz: Z tą „legendą” to nieźle przesadziłeś, uwierzę, kiedy dostanę jakiś order. Legendą jest Czesław (Niemen), który zapracował sobie na to miano tym, co zrobił w latach 60. Jego późniejsze dokonania nie były już tak szeroko znane. Ja nagrałem z nim jego najbardziej popularne kawałki i dotyczy to tego samego okresu. Myślę, że to wtedy zapracowałem sobie na skromne miejsce w historii polskiego rocka (nie mylić z big-beatem!). Wygląda na to, że wszystko zawsze trzeba robić na 100 proc., bo nie wiadomo, co się z tego ostanie! Co teraz? Od 1985 roku już nie zajmuję się zawodowo gitarą. Musiałem zająć się rodziną, gdy mój syn stał się ofiarą pirata drogowego. To wykluczało wyjazdy i inne formy uczestnictwa w życiu muzycznym. Skutki tego nieszczęścia trwają nadal. Po paru latach wróciłem do malarstwa – nic wielkiego, zwykła konfekcja – żeby nie zwariować, no i dla zarobku. Robię to zresztą do dziś z niewielkim powodzeniem. Rok temu obudziłem się i sprokurowałem cztery kawałki demo – bardziej dla siebie niż dla kariery. Poza tym okazjonalnie zdarzyło mi się zagrać z młodymi w ośrodku Monaru na spędzie kapel. To była ostra lekcja życia, takie zderzenie z hip-hopem na żywo – flaki i bebechy w amatorskim wykonaniu. Nie ma rady, wymiękam. Po sześćdziesiątce już nie mam planów muzycznych, trzeba być realistą – się po prostu nie pasuje do krajobrazu i tyle. Ostatnio mam częstszy kontakt z kolegami z dawnych lat i cieszę się z tego, chociaż nieraz prowadzi to do odgrzewania starych kotletów i wtedy robi się dziwnie – to tyle lat przeleciało?

 

– Tomku, cofnijmy czas… twój pierwszy zespół?

– Trudno mi nawet w przybliżeniu podać rok, ale musiały to być wczesne lata 60. Absolutnie pierwszy zespół, w którym grałem, powstał przy warszawskim AWF, gdzie podobno później debiutowała Maryla Rodowicz. Graliśmy w klubie studenckim zwykłe potańcówki, miałem wzmacniacz wyrobu naszego menadżera – tamtejszego działacza. Skład był taki: bębny, kontrabas, saksofon tenorowy, gitara i akordeon, a kawałki graliśmy raczej obciachowe – jakieś slowfoxy, beginy; nawet nie wiem czy to młodszym czytelnikom coś mówi. No, ale na wypadzie w Międzyzdrojach mieliśmy nawet czarnego wokalistę i wtedy to była atrakcja. Był to student z Afryki i chociaż nie wyrabiał się z wokalem, nikomu to raczej nie przeszkadzało. O graniu oczywiście nie miałem pojęcia i w związku z tym nie miałem żadnych rozterek muzycznych. Teraz dziwię się, że koledzy mnie nie pogonili z kapeli, niektórzy z nich byli już dobrymi muzykami po szkołach. Przypuszczam, że zespół nazywał się RELAX, od nazwy klubu dla studentów AWF. Najsilniejszym wrażeniem z tej kapeli była bójka w Międzyzdrojach z udziałem naszego pałkera – szkoła warszawska kontra szczecińska. Ostra jazda!

 

– W jaki sposób stałeś się gitarzystą?

– Tak naprawdę to chciałem być saksofonistą, ale kto kupiłby mi sax? Poza tym wtedy nie było dla mnie żadnego gitarowego wzoru, mówię o naprawdę dawnych czasach. Brzmienie big-beatu zupełnie mnie nie kręciło, ale nagle doznałem szoku na filmie „W rytmie rock and rolla” (Tommy Steele), i od tej chwili chciałem być gitarzystą. Gitara sama wpadła mi w ręce. Miałem już za co się chwycić, ale co dalej? W ognisku muzycznym trafiłem na fajnego facia, absolutny fan gitary, był już wiekowy, i miał do mnie anielską cierpliwość – ja do niego niezbyt. Ja chciałem już zasuwać, a on mnie katował podręcznikiem Jak Hania na gitarze grać się nauczyła. Teraz wiem, że to on miał rację i ten jego podręcznik też był O.K. Drogi na skróty nauczył mnie kolega – pokazał mi jak idzie Diana, taki ówczesny hicior Paula Anki. Jeszcze nie grałem żadnych solówek, ale jak opanowałem C-dur, a-moll, d-moll, G7, to już tym gitarzystą chyba byłem, czyż nie?

 

– Czy pamiętasz swoją pierwszą gitarę i wzmacniacz?

– Pierwsza gitara była „dżipsonką”, pełne pudło, dwa efy, bez cutaway’s, model i producent nieznani. Wtedy trzeba było kombinować mocno, bo nasz kraj to było żenujące zadupie – bez możliwości kupienia czegokolwiek. Ani strun, ani kostki, ani piecyka, nic. To były czasy, kiedy jeszcze nawet nie było nagonki na szarpidrutów. Do tej gitary podłączona była elektryczna przystawka, która wyglądała jak baton z bakelitu, i pierwszą z nich podłączyłem bezpośrednio do prądu. To zniechęciło do elektrycznych gitar wszystkich w domu, oprócz mnie. Wzmacniacz natomiast był samodziałem, miał moc (raczej niemoc) około 5 watów, pamiętam te wtyczki, gniazdka, jakieś bananki. Generalnie zdecydowanie było to brzmienie typu „grzebień”. Tak startowałem w pierwszym zespole RELAX.

 

– Opowiedz proszę o CHOCHOŁACH i o swojej muzycznej przygodzie z CZERWONO-CZARNYMI?

– CHOCHOŁY to był wydajny zespół, warto o nim pamiętać, bo ma swoją ciekawą historię. Proszę bardzo, po kolei: Wojciech Gąssowski (wokal) – czyż nie jest do dziś szeroko znany? Andrzej Turski (gitara prowadząca), obecnie tuz dziennikarstwa, dyrektor wszystkiego co można w PR i TVP. Paweł Brodowski (gitara basowa), dziś redaktor naczelny „Jazz Forum”. Tomasz Butowtt (perkusja), później wraz ze mną i Pawłem w NIEMEN I AKWARELE i w innych ciekawych układach muzycznych. Ja tam brzęczałem na rytmicznej, bo lubiłem rytmikę. To była mocno przeczołgana kapela, która przeszła od zbioru kolegów do układów zawodowych. Zaliczyła parę etapów: najpierw studniówki i bale szkolne; potem nagrania radiowe z poręki Mateusza Święcickiego, nagrania do serialu „Wojna domowa”, nagrania dla W. Młynarskiego, potem etap cygański – nagrania i festiwal w Opolu z Randią i Masio Kwiekiem, jednocześnie dostaliśmy się w ręce Wiesława Czerwińskiego (sax barytonowy), co zaowocowało trochę niestylowymi nagraniami. Potem znowu odzyskaliśmy zespół dla siebie, naprawdę najbardziej żarło z Darkiem Pankowskim (wokal), Alkiem Wołodarskim (gitara) i Marianem Zimińskim (organy). Nagraliśmy piosenki Mańka na czwórkę Polskich Nagrań i one do dziś są naprawdę fajne. Następną czwórkę nagraliśmy dla Veritonu i jeszcze coś dla Pronitu. Marian to później również AKWARELE.

Po drodze rzeczywiście zaliczyłem CZERWONO-CZARNYCH, trwało to około roku. Zastąpiłem Wieśka Bernolaka – prawdziwy dla mnie zaszczyt, wtedy i dziś. Bardzo go cenię. Zastałem tam komplet solistów i świetnych muzyków, jednym słowem sławny zespół w najlepszym, jak to dziś oceniam, składzie. Życzliwie mnie przyjęli, chociaż wyznam, że byłem trochę spięty. Wróciłem do CHOCHOŁÓW, bo wtedy CZERWONI mieli już z górki, plus nieciekawe kierownictwo, czyli nie moje klimaty. Muzycznie CZERWONO-CZARNI to moje ostrogi i bardzo sobie cenię ten epizod.

 

– Jak trafiłeś do Czesława Niemena?

– Nie pochlebiam sobie, że Niemen już na pewno słyszał o takim gitarzyście jak Tomasz Jaśkiewicz i bardzo go chciał mieć u siebie. Jestem przekonany, że GITARZYSTĄ dla niego był na pewno Janusz Popławski, wtedy już bardzo znany i doceniany. Znali się jak łyse konie, a Janusz wyraźnie już zaznaczył się w nagraniach Czesia. Myślę jednak, że z powodów praktycznych pasowało mu przejąć gotowy skład. To samo zrobił później z SBB. Z topowych kapel wszystkie miały swoje kariery do rozegrania, zaś z CHOCHOŁAMI było tak, że było dobre nowoczesne granie, a kariera w lesie. Obie strony wykorzystały szansę na coś nowego. Czesław postępował z nami ostrożnie – najpierw mieliśmy długi okres próbny podczas trasy z NIEBIESKO-CZARNYMI. Skończył tę trasę i znowu próby, tym razem wiedzieliśmy jednak, że zaczynamy na serio. Jak do tego doszło? Myślę, że nietrudno było nas namierzyć w Warszawie. Zaczęło się od Tomka Butowtta, on jedyny z nas miał telefon. Potem każdy z nas zdawał indywidualny egzamin przed Cześkiem i red. Franciszkiem Walickim. Ciekawe jest teraz dla mnie czy domyślali się, że gdyby któryś z nas nie przeszedł, to koniec sprawy. Teraz puszczę w naród małą bombkę – otóż Czesław wtedy nie był dla nas idolem, po prostu grzeczny, kulturalny człowiek bez charyzmy, bo cóż wtedy o nim wiedzieliśmy? Że był znany, lubiany, że nagrał Wiem, że nie wrócisz i tyle. Nie miał brudnego głosu, nie swingował, a na dodatek zaczął z nami od łagodnego utworu – chyba Nigdy się nie dowiesz. Byliśmy przekonani, że tak już będzie – po prostu akompaniamenty do ładnych piosenek. A my mieliśmy tyle czadu w sobie – te łagodne klimaty to nie my! Okazało się później, jaką miał w sobie petardę! Ja osobiście pamiętam, że Czesław przyjął mnie samego w swoim pokoju w Domu Chłopa w Warszawie, w obecności red. Walickiego, był także obecny nieduży piecyk Fendera. Gitarę miałem ze sobą. Ten zestaw dawał przy niewielkim wzmocnieniu klinicznie czysty dźwięk, żadnego przesteru. Trochę mnie to peszyło, bo miałem wykonać partię ostrej gitary, bez wsparcia. Zdecydowałem się wtedy na coś w rodzaju „ściany dźwięku”, taki jakiś tęgi riff własnego pomysłu – został później wykorzystany w Gdzie to jest na pierwszej płycie. Nie potrafię tego ocenić, w każdym razie wystarczyło.

 

– Na jakim sprzęcie grałeś u Niemena?

– Co do sprzętu, to krótko: najpierw gitara Hagstrom w typie Stratocastera, produkcji szwedzkiej. Trzy przystawki w różnych kombinacjach, wajcha działająca o dziwo, bardzo cienki gryf, co wymuszało prawidłową pozycję lewej ręki, bardzo dużo góry, czego wbrew innym nie lubiłem, oraz ohydny bladoniebieski kolor. Ogólnie mógłbym na niej grać i dziś. We Włoszech nabyłem Gibsona 335 i grałem na nim do końca. Żadnej z tych gitar już nie mam. Przy okazji przypomniało mi się, miałem okropne wiosło Hohnera, skusiłem się na wygląd. Ta porażka wyszła w utworze Allilah i Domek bez adresu. Nie mogę tego słuchać. Piece – najpierw mały Fender, jedna paczka, potem mocniejszy – osobna głowa. Nazw nie pamiętam, oba były własnością Czesława. Po Fenderach był Marshall, dwie paczki jedna na drugiej, na górze głowa, typowy Jimmy Hendrix. Również własność Czesława.

 

Jakie płyty nagrałeś z Niemenem? Czy możesz je wymienić?

– Po kolei: „Dziwny jest ten świat”, „Sukces”, „Czy mnie jeszcze pamiętasz”, „Enigmatic” (ta ze świecami), „Człowiek jam niewdzięczny” (dwupłytowy album, „czerwony”). Do tego dochodzą płyty włoskie, na których gram jako jedyny z polskiego składu. Żałuję płyty „Marionetki”, bo to był kolejny skok Niemena w nowe obszary. Zrobiliśmy ją całą w składzie: Czesław Niemen – org. wokal, Andrzej Tylec – perkusja, Andrzej Przybielski –  trąbka, i Helmut Nadolski – kontrabas, gongi, wokal. Tylko czterech facetów, grupa nazywała się „Niemen”. Płyta została nagrana beze mnie i jest świetna, a ja mam żyłę. Jednak jak patrzę na tę dyskografię, to jednak jestem gość… i mam satysfakcję.

 

– W jaki sposób powstały twoje kultowe solówki m. in. Dziwny jest ten świat, Bema pamięci żałobny rapsod, Nie wiem czy to warto?

– Dziękuję ci Wojtku za „kultowe”. Zastanawiam się teraz nad tym i to jest trochę pogmatwane. Z jednej strony, wiadomo, powstawały one jak zawsze – z nucenia pod nosem. Teraz myślę, że w tle zawsze miałem na celu, żeby pasowały do utworu. Czasami, żeby kontrastowały ze śpiewem i melodią, zaś innym razem, by całe granie leżało jak dobry garnitur. Generalnie się nie popisywałem i naprawdę chciałem, żeby moja gitara pracowała na rzecz utworu. Przy okazji często wychodziło mi coś niebanalnego, i z tego się cieszę. Niektóre sola zrosły się z całością, rzeczywiście niewielu gitarzystów może to powiedzieć. Ja lubię granie klimatyczne, dla ilustracji powiem tak; nieraz uporządkowana sekcja i parę fajnych nut ten klimat robi lepiej niż uporczywe „łojenie”. U Czesława zresztą zawsze była jakaś historia do opowiedzenia i na granie typu „czysta energia” nie było po prostu miejsca. (Na marginesie; to potem się zmieniło w tym sensie, że często w utworze nie było miejsca na piosenkę, czyli przegięcie w drugą stronę.) Tak więc wiele z tych zagrywek było grane już na pamięć, mniej więcej jednakowo. Chodziło też o to, żeby na imprezie odtworzyć nagranie, miało to świadczyć o klasie zespołu. Takie było podejście, co powodowało, że po nagraniu musiałem się uczyć własnych impros. Chcę też wyjaśnić, że solo w Nie wiem czy to warto jest nagrane dokładnie tak, jak je grał kompozytor tej pięknej piosenki, Zbyszek Bizoń. Był to więc chorus grany z nut, żeby niczego nie popsuć.