Tomasz Jaśkiewicz – gitara elektryczna (cz.2)

Część 2

– Którzy gitarzyści wywarli największy wpływ na twoją grę?

– Tu mnie trafiłeś i niezawodnie wyjdę na bufona jeśli ci wyznam prawdę, że takiego gitarzysty nie było. Jasne, że tak naprawdę było ich wielu; jakiś Clapton czy Jimmi… tak jakoś przez skórę mnie infekowali, zakreślili mi ogólny styl, w który należało się wpasować, jednak mam problem jak to określić w procentach – jakieś 2-3 proc. Głupio to wygląda, ale co mam powiedzieć, skoro nigdy nie zrzynałem zagrywek, nie mówiąc o całych kawałkach. Jedni mnie nie interesowali, a ci których podziwiałem, byli poza moim zasięgiem. W początkach cierpliwie uczył mnie Wiesław Bernolak, niestety nie pamiętam już, czy dałem mu się czegoś nauczyć. Stracona okazja. Teraz w obrębie gatunku każdy stara się grać dokładnie jak wzór tego gatunku. Są dostępne wszelkie materiały. Wtedy nie było skąd i jak kopiować, więc trzeba było wymyślać swojego bluesa, rocka, czy funky. Czasami było śmiesznie. Mogę natomiast wymienić kilku gitarmanów, których cenię: Jarek Śmietana, Grzegorz Skawiński, Jan Bo, Darek Kozakiewicz. Zagraniczni to John McLaughlin, John Scofield, Kenny Burrell i król Django Reinhardt. To na pewno nie wszyscy, bez trudu wymieniłbym ich więcej. Z przyjemnością wymienię gitarzystę, którego sam ukształtowałem; to Marek Bliziński. Przychodził do mnie i podpytywał, był wtedy bardzo początkujący i bardzo zdeterminowany. Nie było wyjścia, wziąłem go na pełny kurs dla początkujących i był to jedyny uczeń jakiego miałem. Moja mama też na mnie nalegała, bo również go lubiła. No więc ustawienie ręki, kostkowanie, koordynacja itd., on z kolei podchwytywał podciąganie strun, wibrato, glissanda – wtedy mało kto się na tym znał. To był tytan pracy, ćwiczył zadane rzeczy, których ja sam nie umiałem dobrze zagrać i nie było na niego siły. Tomek Butowtt śmiał się ze mnie, że wyhodowałem żmiję na własnej piersi, no i prawda, niewątpliwie uczeń przerósł mistrza. I wcale nie zabrało mu to wiele czasu. Nauka skończyła się tym, że podarowałem mu podręcznik Joe Pass’a, którego ja nie mogłem przegryźć. W tej książce były same „winogrona”, po prostu sola Joe’go grane akordami, dla mnie makabra. Dla Marka to nie był problem i wkrótce ruszył jak burza. Jakieś trzy miesiące potem, ze zdumieniem usłyszałem w radio, ze zrobił duetowe nagrania z Ewą Bem, grając tą techniką. Byłem naprawdę dumny z niego. Jak dostał ten podręcznik, już nie zajrzał do mnie nigdy więcej, wyraźnie mnie unikał. Teraz ma festiwal swojego imienia. Takie to ciekawostki o gitarzystach, jakoś mnie mimowolnie formowali niektórzy z tych, o których się otarłem.

 

– Jak nastąpił koniec wspaniałego okresu współpracy z Niemenem?

– W 1970 roku Czesław i ja byliśmy jedynymi z pierwszego, drugiego i trzeciego składu – powstała grupa NIEMEN. Wspominałem jak powstawały „Marionetki”. Dla mnie był to kolejny rok służby, chyba już piąty. Ten wybitny artysta jest dla mnie drogą postacią, więc relacje między nami zilustruję słowami Tomasza Stańki, kiedy w TV mówił o swoich relacjach z Komedą – on pił moją krew, a jeśli nie, to powinien – w sensie wzajemnej inspiracji muzyków. Z początku Niemen przede wszystkim był wokalistą i autorem swoich pięknych piosenek, i chociaż był właścicielem ogromnego talentu, jestem pewny, że nie dałby sobie rady z całą materią muzyczną –  wtedy. Niewątpliwie Czesław zyskał ogromnie na współpracy z tymi wszystkimi wspaniałymi muzykami. Stopniowo, w ciągu lat, zyskiwał podstawy do dalszego rozwoju, i piękne było to, że nigdy nie bał się eksperymentów. To z kolei prowadziło go do czegoś nowego. Dla mnie było to wyczerpujące emocjonalnie, ponieważ „służba” wymagała, bym sprostał każdej nowej sytuacji muzycznej. Tylko z trudem dawało się przewidzieć, co mogło się pojawić za następnym rogiem. Czesław był zapatrzony w Helmuta, który właściwie dominował na estradzie. Ja już od dawna nie byłem jego pupilem, chociaż bez większego problemu wytwarzałem tę masę sprzężeń – wiesz, piec na maksa, granie smykiem i do tego atonalnie. W całym programie (bez supportu) granie bez stałego rytmu, wyłącznie klimaty, kawałki po 20 minut. Za każdym razem kończyliśmy przy pustej sali, dla mnie przygnębienie, zniechęcenie i tyle. Pamiętam naszych biednych widzów z małych miejscowości, często dla nich były to długo oczekiwane koncerty. Nie zależało mi już wtedy by coś odkrywać, Czesław też już nie widział we mnie nic specjalnego. Obaj wiedzieliśmy, że przyszedł na mnie czas. Takie było tło mojego odejścia od Czesława, ale sytuacja się rozwiązała sama, kiedy na imprezie w Legnicy dostałem krwotoku i prosto z estrady pojechałem do domu. Fajnie wspominam rozmowę za kulisami, pytanie: czy zostawię gitarę swojemu następcy? (nazwisko nie padło), odpowiedź: jasne! Okazało się, że z Włoch przywiozłem sobie gruźlicę i gitarę. Chorobę wziąłem ze sobą, a gitarę odzyskałem dopiero po pół roku. Powiem ci, że gitara była w gorszym stanie niż ja, brakowało też paru rzeczy z futerału. Dodam jeszcze, że cały ówczesny skład grupy NIEMEN bardzo szybko zniknął z horyzontu, był to układ bez kleju.

 

– Z kim grałeś po rozstaniu z Niemenem?

– Nie będę się rozwodził nad tym, było lepiej i gorzej, czyli normalnie. KLAN w ciekawym składzie: Marek Ałaszewski, Bronisław Suchanek, Janusz Stefański i ja, zespół Karola Nietsche, trio Krzysztofa Sadowskiego, z Andrzejem Dąbrowskim i Lilą Urbańską, BEMIBEM na zmianę z Markiem Blizińskim, potem na stałe. Pewnie było coś, co przeoczyłem, nie pamiętam. Nie powiem, że błyszczałem w tych zespołach, miałem zaciągnięty hamulec, coś depresyjnego. Było fajnie z Krzysiem Sadowskim, choć trochę nie nadążałem, gubiłem się w jego zaawansowanej muzyce. Dopiero z Ewą i Alkiem Bemami poczułem się u siebie. Też nie błyszczałem, na pewno przerastali mnie talentem, ale jaka fajna muzyka. Poza tym to fajni ludzie i dobrze wspominam te parę lat z nimi.

 

– Czy nie ciągnie cię dzisiaj do sytuacji jaką miałeś w AKWARELACH, czyli takie względne bezpieczeństwo: Czesław – zespół – sesje nagraniowe – trasa koncertowa?

– Zakładasz, że było świetnie i oczywiście było. Zależy jednak o czym mówimy. O pieniądzach? Woźny w szkole zarabiał każdego miesiąca ok. 4500 zł. Ja grając 6-10 imprez na miesiąc kosiłem ok. 150 zł za sztukę. Ceny: radziecki colour TV = 24000, pralka Polar = 10000, alpaga = 2,40, i można było poszaleć. Około roku zajmowało nagranie płyty, a potem kasa: jednorazowo 1800 zł. Pieniądze były w ZSSR, DDR, ale to nie z Czesławem, nazywało się to szlaban. Czy ja tu piszę historię PRL? Moje bezpieczeństwo to była bliskość z Czesławem, wzajemne zaufanie, mówię tu o muzyce. Sesje nagraniowe natomiast to był inny stres. Dźwiękowcy byli nastawieni na kolorowe kapele albo w ogóle z innej planety, ciężko było wywalczyć swoje brzmienie. O nich mógłbym dużo. Co do tras; za tzw. halówki było 300 zł od sztuki. Ja to wspominam jako walkę zawodowców z amatorami, i to nie my byliśmy amatorami. Nie żałuję, ale nie tęsknię. Nie idealizuję tamtych czasów. Było tak, że wielu z tych co dzisiaj tak doceniają, wtedy byli wredni. Nie chcę być zgryźliwy, chodzi mi tylko o prawdziwy obraz.

 

– 28/29 sierpnia 2004 r. brałeś udział w koncertach szczecińskich: 40 Lat Festiwalu Młodych Talentów i koncercie poświęconym Czesławowi Niemenowi. Twoje wrażenia z tych imprez są pozytywne?

– Spotkanie z kolegami po tylu latach, te zmienione wyglądy, szacowne siwizny to powód do mieszanych uczuć. Panowała ogólna sympatia, a w końcu był niewątpliwy sukces i satysfakcja, sądząc po reakcji widzów. No, ale włożyliśmy dużo pracy w te występy. Przy tej okazji poznaliśmy się i byłeś prawdziwym CZERWONO-CZARNYM. Moim zdaniem było super. Niezwykłe było osobiste podziękowanie od p. Anny Nowak w imieniu władz Szczecina, wysłane pocztą w bardzo eleganckiej formie. To nieoczekiwane i zaskakujące zakończenie tej imprezy. Wojtku, Szczecin to miasto z klasą.

 

– Twój obecny gitarowy ekwipunek tworzą? Gitary, wzmacniacz i efekty?

– Wspomniałem profesora N., i odwrotnie niż on, uważam, że to człowiek jest niezastąpiony. Sprzęt może być wymieniany do woli. Właśnie w drodze skomplikowanych transakcji wymiennych jestem obecnie w posiadaniu gitary Samick, która jest zwykłym azjatyckim Stratem. Mój wzmacniacz to Yamaha Fifty 112. To pełny tranzystor, 50 watt. Jeden głośnik, wbudowany pogłos i distortion. Wysoka jakość tego pieca sprawia, że można ujechać zarówno z jazzem, jak i rockiem. Trzeba jednak dobrze go rozgryźć, inaczej daje „drętwe” brzmienie. Efektów „piecowych” nie używam. Stosuję natomiast overdrive, chorus, delay oraz volume pedal. Mam jeszcze jeden cenny dla mnie instrument, jest to urodziwa gitara akustyczna, którą dostałem od Czesława w prezencie, chyba w 1997 roku. Firma Sebring Electric Guitars, nie mówi mi nic, ale podejrzewam jakieś azjatyckie pochodzenie. Tym niemniej jest dobra, słychać ją w moich nagraniach. Ma ona dla mnie ogromną wartość sentymentalną. Dodam jeszcze, że wtedy, w 97 roku, nie miałem w ogóle żadnej gitary.

 

– Czy otwiera się nowy etap w życiu Tomka Jaśkiewicza?

– Muzyczny? Nie sądzę, ile razy można. Poza tym nie ma na to szans. Mogę dać radę młodym: naciskajcie na kapeć, bo jak nie teraz to kiedy? Wszystkie gałki w prawo – get ready – rock’n’roll!

 

– Dziękuję za rozmowę.

– Zaszczycony tym wywiadem, pozostaję z szacunkiem.